Devil May Cry 4: Reffrain

marzec 2011

obrazek

Requiem dla Dantego

Czy ja już tu byłem? To pytanie zadawałem sobie przez całą grę. Choć Capcom zachował oryginalną formułę i podzielił rozgrywkę na misje, to w ich obrębie trzeba poruszać się po identycznych poziomach.

Wiem, że portierzy nie mają lekkiej pracy, ale przedstawiciele tego zawodu w Devil May Cry to prawdziwi furiaci. Otwieram drzwi i od razu rzucają się na mnie stada odźwiernych. I tak przez całą grę. Rozgrywka polega na pokonywaniu kolejnych sal i mordowaniu wszystkiego, co się nawinie pod ostrze miecza, celownik pistoletu, czy znajdzie w zasięgu demonicznej łapy. Na dobrą sprawę konsolowy DMC jest zbudowany w oparciu o taki sam pomysł, ale tam przynajmniej wiedziałem dokąd biegnę. Tutaj wychodzę na plac, wszystkie wyjścia awaryjne zostają automatycznie zamknięte, a po pokonaniu wrogów nie bardzo wiadomo którędy do domu. Jeśli się pomylę, to respawn wrogów zmusi mnie do kolejnej walki. Sytuację ratuje miniaturowa mapka, więc gra niemalże sprowadza się do patrzenia w prawy, górny róg ekranu. W sumie trochę szkoda, bo wolałbym skupić się na podziwianiu ślicznej grafiki. Nie spodziewałem się tak dobrych modeli postaci i przeciwników na iGadżetach, ale cierpi na tym wielkość poziomów i stąd właśnie wynika problem z drzwiami.

Piekielna rękawica Nero sprawdza się doskonale i skraca dystans, dzięki czemu dynamika pojedynków jest równie zabójcza jak na konsolach. Animacje ciosów nadal cieszą, a ich wyprowadzanie sprowadza się do hardcore’owego stukania palcem w ekran. Nie miałem jakichkolwiek problemów z kombinacjami, choć wirtualna gałka nie zawsze kierowała mnie tam gdzie chciałem. Zabrakło mi też przerywników filmowych, z których pozostały jedynie statyczne rysunki. Zagadki praktycznie wyparowały, podobnie jak część oryginalnych miejscówek. Myślę, że fani DMC wybaczą grze powtarzające się miejscówki, gdyż kwintesencja serii została doskonale zminiaturyzowana.

Dodaj swoją opinię