NBA Jam
marzec 2011
Boomshakalaka!
Pierwsze co rzuca się w oczy, to oczywiście grafika – niemal tak dobra jak na dużych platformach. Wszystko śmiga płynnie, a zawodnicy wciąż w rozbrajający sposób wykrzywiają gęby, choć na małym ekranie iPhone nie widać ich tak dobrze jak na dużym telewizorze. Reszta bez zmian. Obręcze się wyginają, siatki płoną, a tablice sypią w drobny mak. Pozostał również szalony komentarz, jeden z głównych atutów gry.
Zmieniło się oczywiście sterowanie. Do wyboru są dwa systemy. Pierwszy opiera się na przyciskach wyświetlanych w dolnych rogach ekranu, drugi zaś zastępuje przyciski czymś w rodzaju gałki analogowej. Podobne sterowanie było dostępne również na PS3 i X360. W obu przypadkach za piwot odpowiada ruch trzymanym urządzeniem, co nie jest ani wygodne, ani nie pomaga w ogarnięciu, co aktualnie dzieje się na ekranie. Nawet pomijając ten aspekt, żadne z ustawień sterowania nie jest perfekcyjne. Pierwsze cierpi na niedobór „przycisków” i dość trudno popchnąć innego zawodnika, a drugie wymaga dłuższej nauki. To akurat nie wina samej gry, a bardziej sprzętu, ale nie byłem ponadto zachwycony tym, że zasłaniam sobie ekran paluchami. Do wszystkiego da się na szczęście przyzwyczaić, a NBA Jam jest grą, do której nie należy podchodzić zbyt poważnie.
Do wyboru graczom oddano dwa tryby zabawy: pojedynczy mecz oraz karierę, w której trzeba pokonać wszystkie drużyny ligi plus kilka legendarnych gwiazd. Te ostatnie oczywiście tylko czekają na odblokowanie lub dokupienie za ekstra opłatą. Jak widzicie, wyleciało Remix Mode ze swoimi jeszcze bardziej pogiętymi zasadami, ale i tak NBA Jam oferuje sporo godzin rozrywki w świetnej (warto to podkreślić) cenie. Jeden szybki meczyk Bostonem w kolejce do lekarza? Oh yeah. I nie musicie się bać, że nie zdążycie skończyć, ponieważ gra zapisuje mecz w momencie, w którym z niego wychodzicie. Na platformie przenośnej opcja niezbędna.
