Henry Hatsworth in the Puzzling Adventure

maj 2009

obrazek

Nie wszystkie świetne gry mają dobrą promocję, ale Henry Hatsworth nie miał jej wcale, co budzi mój sprzeciw, bo EA wydało kolejny świeży tytuł i nikt o nim nie usłyszy, poza czytelnikami NEO plus oczywiście.

Unikalne połączenie pełnowartościowej platformówki z grą logiczną robi użytek z obu ekraników kieszonsolki i wciąga na kilka godzin. Henry to pocieszny staruszek, który stara się odnaleźć elementy Garnituru Dżentelmena przemierzając bajecznie kolorowe krainy. Część platformowa czerpie z Mario pełnymi garściami, ale dodaje sporo od siebie – ataki dziadka można łączyć w kilka rodzajów kombosów, a po chwili treningu da się stosować połączenia juggli. Niegłupie to i sprawnie wykonane, bo Henry płynnie reaguje na komendy i choć o time-frame’ach nie ma mowy, to widać różnicę między osobą wprawną a początkującym.

Jakby tego było mało, po kilkunastu udanych pojedynkach z chodzącymi bądź latającymi blobami, Henryk potrafi zmienić się w zwinnego mecha! Rozwalający jest fakt, że robi to po wypiciu zwyczajowej angielskiej herbatki. Robot jest naturalnie dużo silniejszy, a jego późniejsze ataki polegają po prostu na wysłaniu pięści do przeciwników po jednej stronie ekranu, by całym sobą zająć się koleżkami wyłaniającymi się z drugiej flanki. Jednak twist rozgrywki dotyczy dolnego ekraniku, na którym lądują pokonani oponenci zaklęci w kwadratowych klockach.

Po wciśnięciu X akcja pauzuje i aktywuje się gra wzorowana na Bejeweled, w której należy ułożyć rząd lub kolumnę z co najmniej trzech identycznych elementów. Dodatkowo jedynie w ten sposób ostatecznie eliminuje się pokonane wcześniej potworki, a także zdobywa przedmioty. Co jeśli nie sprzątniemy klockowatego stwora? Wróci na górny ekran utrudniając przechodzenie elementów zręcznościowych. Później pojawiają się rozmaite bonusy, można zbierać przedmioty, a jeśli uda się pokonać kilka potworków jednocześnie, na dole pojawi się olbrzymi klocek do usunięcia. Prostota tego zagrania jest porównywalna z just-framem z bijatykach, ale jeśli się uda, porcja zdrowego śmiechu gwarantowana.

Zabawa wciąga niemiłosiernie, jednak po kilku etapach robi się nieco monotonna i sytuacji nie ratują nawet kolejne wersje kroczących blobów. Etapy stają się dłuższe, a dodatkowe umiejętności dziadka pojawiają się zdecydowania za rzadko. Między planszami można dokupić sobie różne pomocne przedmioty, ale zdecydowaną większość gry przeszedłem bez ich pomocy. Historię poprowadzono z jajem, metroseksualny Lance Banson to maestria designu i na pojedynki z nim zawsze czekałem. Henry Hatsworth to bardzo kolorowa i przejrzysta gra, a muzyczny motyw przewodni filmu „Frantic” rozwalił mnie na łopatki. Nie myślałem, że kiedyś usłyszę go w grze video. Godna polecenia. Po dwakroć.

Druga opinia

Kaxi: Mieliśmy już połączenie gry logicznej, łamigłówek i klasycznej przygodówki w Laytonie, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by wymieszać ze sobą platformówkę i puzzle. Wyszło to zgrabnie, z pewnością oryginalnie, a do tego przyprawiono grę szczyptą humoru. Szkoda tylko, że brakuje jej rozmachu (i budżetu) Laytona, którego z tego miejsca polecam w pierwszej kolejności. 7/10

Jedna odpowiedź do Henry Hatsworth in the Puzzling Adventure

  1. Marcin Taras pisze:

    Już grałem! Bardzo fajna, ale się nudzi…

Dodaj swoją opinię