Swashbucklers: Blue vs. Grey

styczeń 2008

obrazek

Nie tylko bohater Uncharted szuka skarbu Francisa Drake'a. użo wcześniej, bo w czasie wojny secesyjnej, próbował go odnaleźć niejaki Abraham Gray.

Abe to nieprzeciętny koleżka. Jest piratem, ale równocześnie kowbojem. Nosi dżinsy, kapelusz, ma zarośniętą gębę i sześciostrzałowca w kaburze. Na dodatek jest schizofrenikiem. To znaczy, tak twierdzą autorzy gry, chociaż moim zdaniem trochę im się pomyliły pojęcia. Bohater nie rozmawia z urojonymi przyjaciółmi, tylko ze swoim drugim ja. „Głos wewnętrzny” służy za przewodnika po świecie gry, podpowiada co robić, dokąd pójść. To taka inna wersja tutoriala. Abe cały czas prowadzi z nim nerwowe gadki („mówiłem Ci, że masz się wynieść z mojej głowy” i tym podobne), więc jest nawet zabawnie. Ale to jeden z nielicznych plusów gry udającej, że nie jest zrzynką z Pirates! Sida Meiera.
Bohater podróżuje po Zatoce Meksykańskiej i odwiedza różne miasta, czy to w Stanach Zjednoczonych, Meksyku, na Kubie lub Dominikanie. Po drodze bierze udział w licznych morskich bitwach, dokupuje nowe części do statku, pojedynkuje się i klepie małe grupki zbirów. Opcji zabawy sporo, ale co z tego skoro leży wykonanie?

Od początku widać, że gra była robiona tanim kosztem. Postacie nie wypowiadają swoich kwestii, tylko burczą coś pod nosem, więc trzeba śledzić tekst, który ma tendencje do błyskawicznego znikania. Przyda się zrobić kurs szybkiego czytania, żeby nadążyć. Grafika jest marna, pięć lat temu ukazywały się ładniejsze tytuły, a i tak wszystko szybciej się dogrywało. Każdy port wygląda niemalże tak samo, wszędzie jest pusto i jedyne co cieszy, to lejąca się strumieniami krew podczas walki na miecze. Jeszcze gdyby te walki czegokolwiek od gracza wymagały, to byłbym zadowolony. Nic podobnego, SI leży, można bez stresu mashować przycisk ataku nie myśląc o taktyce. To samo w czasie walk na morzu. Kłopoty sprawiają tylko pojedynki z kapitanami wrogich statków. Potrafią wyprowadzić takiego combosa, że Abe pada na glebę i już więcej nie wstaje.

Zastanawiałem się, czy jest w tej grze coś dobrego, ale niczego nie odnajduję poza klimatem. Nie ma to jak napotkać dwóch pijanych zbirów dosłownie wypadających przez drzwi saloonu, z którego dobiegają dźwięki pianina i gwar rozmów. W ogóle w ciągu pierwszych pięciu minut widziałem kilka alkoholizujących się postaci (szkoda, że jeden z bandytów pił chociaż miał usta zasłonięte chustą). Mogło być nieźle, tym bardziej, że nieczęsto spotyka się grę o piratach-kowbojach. Aż się prosi, żeby użyć hasła „zmarnowany potencjał”. Tymczasem jest lipa, więc możecie sobie ten tytuł odpuścić.

Dodaj swoją opinię