Lara Croft and the Guardian of Light
wrzesień 2010
Zapowiedź nowej gry to bardzo ważny moment. Pierwsze zwiastuny, informacje i obrazki kształtują nasze... pierwsze wrażenie.
Możemy z miejsca pokochać nowy tytuł, jak świat pokochał Deus Ex: Human Revolution, albo przejść obok niego obojętnie. Tak właśnie miałem w przypadku Guardian of Light. Uznałem, że to skok na kasę, bo co to za Tomb Raider, który nawet w tytule nie ma nazwy własnej marki? W dodatku Crystal Dynamics wymyślili sobie kooperację oraz rzut izometryczny, więc byłem pewny, że Lara Croft okaże się przypadkiem beznadziejnym. Pomyliłem się.
GROBOWCE I ARTEFAKTY
Lara jak to Lara, wędruje po świecie w poszukiwaniu artefaktów i pakuje się do każdego grobowca, którego nikt wcześniej nie ograbił. Oczywiście w kolejce po skarby czeka sznurek chętnych bandziorów z karabinami, którzy za nic sobie mają ostrzeżenia naszej bohaterki. Dochodzi więc do tragedii, na świat wydostaje się pradawne zło, które morduje na lewo i prawo, a gracz standardowo musi posprzątać. Historia nie należy do zbyt oryginalnych, ale wystarczy, by uzasadnić walkę z demonami i wędrówki po starodawnych świątyniach. Tym razem Lara nie musi wszystkiego robić sama. Może jej pomóc drugi gracz, wcielając się w postać obrońcy światła. Totec wygląda jak dzikus z dzidą, ale chłopak spał od paru wieków i przebudziła go dopiero ucieczka potwora, więc jego wygląd jest uzasadniony. I tak nasza urocza para bohaterów ma za zadanie przebić się przez kilkanaście misji i ocalić świat.
SKACZ, STRZELAJ I MYŚL
Fabuła to jak zwykle tylko pretekst do zabawy. Najważniejsze są same mechanizmy, a te zachwycają. Rozgrywka została cudownie zbalansowana; czas gry dzieli się na elementy platformowe, rozwiązywanie zagadek i ostre strzelanie. Rzut izometryczny szybko pokazuje swój pazur, bo kończą się problemy z kamerą, które od zawsze towarzyszyły serii Tomb Raider. Wszystko dokładnie widać, gdzie skoczyć, co przestawić i do kogo strzelać. Zero frustracji, czysta przyjemność. I każdy z tych elementów cieszy oryginalnymi pomysłami.

Nie trzeba wyliczać każdej przepaści co do milimetra, a Lara ma w plecaku linkę z kotwiczką, więc nie ma problemu z większymi dziurami. Wspinaczka po ruinach została wzbogacona o włócznię, którą można wbijać w ściany, by wskoczyć wyżej (w kooperacji rzuca nią Totec, a samotny gracz dostaje od niego dzidę na początku gry). Z kolei strzelanie zapożyczono z Geometry Wars, co jest wystarczającą rekomendacją. Amunicja do pistoletów nigdy się nie kończy, a mocniejsze giwery wymagają uzupełniania magazynków. Fajnym patentem są również zdalnie odpalane bomby, którymi można niszczyć elementy otoczenia oraz wykorzystywać je w walce.
Sama mechanika to oczywiście za mało. Potrzebny jest jeszcze plac zabaw, czyli grobowce i świątynie. Projekty są przepiękne i przede wszystkim doskonale przemyślane. Nie brakuje epickich scen, gdy wali się pół planszy i trzeba w ułamku sekundy podejmować szereg decyzji. Pułapki czerpią garściami z poprzednich części przygód Lary Croft, podobnie jak zagadki, ale przystosowano je do nowego widoku kamery. Znacznie więcej jest też strzelania, bo przeciwnicy są różnorodni i często atakują całymi chmarami. I znowu muszę pochwalić pomysł z rzutem izometrycznym, bo po raz pierwszy w serii Tomb Raider walka okazał się sycąca i bardzo widowiskowa. To nie tylko dodatek, ale jeden z filarów gry.
Nie zabraknie również szefów (także w wersjach ćwierć, pół i trzy czwarte) oraz naturalnie skarbów, które po sobie pozostawiają. Zbieractwo jest tu bardzo istotne, gdyż artefakty poprawiają umiejętności bohaterki. Warto poświęcić czas, by je zdobyć, bo życie z nimi staje się prostsze.

TAK PIĘKNIE, TAK INACZEJ
Lara Croft wygląda słabo. Nie bardzo rozumiem, czemu model jednej z ikon gier video nie został dopracowany. Dziewczyna ma kiepskie ciuchy i nikogo nie zachwyci swoją urodą. Jest to zaskakujące, bo poziomy prezentują się doprawdy godnie. Miejscówki są dopracowane w najdrobniejszych elementach, a widoki zachwycą fanów. To jedna z najpiękniejszych gier dostępnych w cyfrowej dystrybucji. Myślę, że spokojnie wskakuje do pierwszej piątki.
Guardian of Light nie jest grą, którą odkłada się na półkę po ukończeniu (nie tylko dlatego, że jest sprzedawana w cyfrowej dystrybucji). Pełno w niej wyzwań, czyli dodatkowych poziomów z nieobowiązkowymi zagadkami i pułapkami oraz nagrodami oczywiście. Gra cały czas zlicza punkty za walkę oraz czas, w którym gracz rozwiązuje zagadki, więc rośnie motywacja, by wszystko zaliczyć na maksymalną ocenę.
Guardian of Light dostaje porządnego kopa w kooperacji. Rozgrywa staje się zdecydowanie zabawniejsza, bo bohaterowie różnią się umiejętnościami, co sprawia, że współpraca jest obowiązkowa. Totec szaleje z włócznią i tarczą (osłona przed atakami i wyrzucanie Lary w powietrze), a dziewczyna pomaga mu choćby swoją linką z kotwiczką. Wspólnych manewrów jest naprawdę sporo, więc szczególnie polecam ten tytuł fanom kooperacji. Samotnik również będzie się świetnie bawił, bo gra jest dopracowana i odświeża wizerunek Lary Croft.
Druga opinia
GULASH: No proszę, nie spodziewałem się takiej wysokiej oceny po larocroftowym klonie Diablo, ale z drugiej strony nie spodziewałem się też świetnej gry – podobnie jak Fax myślałem na początku, że to skok na kasę. Jak przyjemnie jest czasem pozytywnie się rozczarować. Gra wygląda doskonale, jest niezwykle wręcz zabawna, niemal idealnie zbalansowana między walką i puzzlami, słowem – zdecydowanie warto ją kupić. 8/10

Zgadzam się z Gulashem. Grałam w to z mężem i nieźle się uśmialiśmy w niektórych momentach. Miejsca są bardzo ciekawe, świetnie rozwiązana opcja co-op, każdy miał swoją rolę do odegrania. Dobra gra na rozluźnienie.