Mafia II
wrzesień 2010
Czesi nawinęli nam spaghetti na uszy. Fakt, oczekiwania były spore. Pierwsza Mafia bezkompromisowo wprowadzała w świat włoskiej mafii i była znamienitym, a przede wszystkim dojrzałym doświadczeniem.
Co z tego, że wersje konsolowe nie umywały się do pecetowej, kto chciał być „adoptowany” przez prawdziwą rodzinę, miał okazję to zrobić. Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że sequel bez problemu przyciągnie starych fanów i dopiero pełna wersja wybudziła mnie z tego czesko-włosko-amerykańskiego snu. A do tego jeszcze wstałem lewą nogą…
RODZINA, ACH RODZINA
Nie każdy musiał oczekiwać tego tytułu. Myślę, że wielu graczy wypatrywało go z ciekawością, słuchając opowieści o kultowym poprzedniku sprzed ośmiu lat. Już na początku muszę z niekłamanym bólem przyznać, że te osoby mogą sobie zupełnie odpuścić Mafię II. Nie jest to zły tytuł, ale przewidywalnie poprowadzona fabuła zamiast przyciągać, raczej odpycha od telewizora. Wcielamy się w młodego Vito Scalettę, który ze swoim najlepszym kumplem Joe Barbaro rozbija się po Empire Bay, gdy w Europie szaleje II wojna światowa. Chłopcy bardzo lubią bawić się w berka z policją i po jednej z takich gonitw Vito zostaje złapany, dostaje gustowny mundur i trafia na front.

Mało brakowało, a do Stanów wróciłby w drewnianej jesionce, ale na szczęście Vito wychodzi cało z afery i na dobre poznajemy go, kiedy zostaje wypuszczony ze szpitala i może zacząć poważnie myśleć o przyszłości. Nie ma wielkiego wyboru, na jednej szali jest mieszkanie w niewielkim, obskurnym mieszkaniu z matką i siostrą, na drugiej kusiciel Joe, który w międzyczasie nie próżnował i zaczepił się w mafii. Wspinanie się po szczeblach hierarchii to oś fabuły, nie zabraknie mniejszych i większych zwrotów akcji, choć ich wymienienie ostatecznie skreśliłoby sens poznawania przez Was tego tytułu. Dość powiedzieć, że poza ulicami Empire Bay, Vito zwiedzi dwie klimatyczne miejscówki, choć słowo „zwiedzi” kompletnie nie oddaje jego odczuć.
LITTLE FOCKERS
Fabuła w Mafii II od początku kreowana była na coś wielkiego, „jedynka” opierała się na 400 stronach scenariusza, tym razem jest ich niemal dwa razy więcej. Przekłada się to też na ilość scenek przerywnikowych, których mamy prawdziwe zatrzęsienie i od czasu Metal Gear Solid 4 nie przypominam sobie, żeby jakaś gra tak często przerywała mi zabawę, żebym musiał obejrzeć kolejny filmik. Czy ktoś w 2K słyszał o choćby minimalnej interaktywności? Vito na swojej drodze „od zera do bohatera i z powrotem” spotyka plejadę zakazanych mord i typów spod ciemnej gwiazdy ubranych w najdroższe garnitury, więc wszystko wydaje się być na miejscu, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w filmach albo grach widziałem każdego z nich. Są do bólu przewidywalni, ani razu nie pomyliłem się stawiając, komu zaufać, a komu sprzedać kwiecistą wiązankę. Przekleństw.

Jednak najbardziej ubodła mnie niekonsekwencja w prowadzeniu fabuły względem samego Scaletty. Kiedy podchodzi do typa kopiącego dziewczynę i zamiast przejść do czynów, najpierw grzecznie pyta: „przepraszam, czy mógłbyś ją zostawić w spokoju?”. Potem oczywiście nie ma skrupułów przed wypłaceniem mu kilku plomb, ale takie teksty nie pasuję mi do wizerunku gangstera. Albo inna sytuacja, kiedy w późniejszej fazie gry doświadczony już Vito, który dawno temu sprzedał swoją duszę i nie ma oporów przed zabijaniem niewinnych, wiezie Joe po mieście i słyszy „ej, stary, musisz przejeżdżać na czerwonym świetle?”. A czy ty musisz psuć klimat?
Strony: 1 2
