Virtua Fighter 5

listopad 2007

obrazek

Co prawda nie jest regułą, że jeśli gra wychodzi nieco później na innej konsoli, to jest lepsza, ale jeśli pojawia się ładnych kilka miesięcy po pierwowzorze, można zakładać, że została dopieszczona. Nie inaczej jest z dziełem Segi. Nie obyło się bez ulepszeń, poprawek, a i znalazło się miejsce na rewolucyjny motyw – walki online.

Tak długo się z tym wstrzymywano, tak długo powtarzano nam, że przecież minimalne chociażby lagi psułyby zabawę doszczętnie. Witamy więc opcję walki przez Internet z otwartymi na oścież ramionami. Oby nie zabrakło jej już w żadnym mordobiciu.

O co kung-fu?

Virtua Fighter ma tradycję, styl, klimat, masę fanów, sprawdzone rozwiązania, skostniały system… Oj, faktycznie. Utarło się, że zapoczątkował gatunek bijatyk 3D, kiedy na automatach pojawiła się pierwsza część i klockowate postacie okładały się koślawymi animacjami. Wtedy – ogień, dziś – zamoknięty popiół, klasyka. Klimat to niezapomniane, kiczowate filmy walki prosto z Hong Kongu. Tworzą go przede wszystkim walczący prawdziwymi stylami i wykonujący realne techniki bohaterowie widowiska. Jest instruktor karate, prawdziwa ikona serii, czyli Akira. Nie mogło zabraknąć żadnej szanującej się panny, ani kawalera. Jadąc alfabetycznie można ładnie poukładać sobie aktorów tego dramatu: Aoi Umenokouji, Brad Burns, Dural, Eileen, El Blaze, Goh Hinogami, Jacky Bryant, Jeffry McWild, Kage-Maru, Lau Chan, Lei-Fei, Lion Rafale, Pai Chan, Sarah Bryant, Shun-Di, Vanessa Lewis, Wolf Hawkfield.

Każda z tych postaci walczy zupełnie inaczej, porusza się odmiennie, wymaga osobnego treningu. Wymasterowanie którejś z nich zajmie wprawionemu graczowi ładnych parę tygodni, miesięcy, a nawet lat. Treningi najlepszych zawodników na świecie nigdy się nie kończą. Żeby stawać w szranki z mistrzami z Korei i Japonii należy przestudiować tysiące poradników, liczyć klatki animacji ciosów, przewidywać ruchy przeciwnika i – co chyba najważniejsze – podeprzeć to wszystko latami praktyki.

Tru HC

Czyli istne wyzwanie staje nie tylko przed palcami, ale i przed pamięcią i refleksem śmiałka. Na początek – z ciekawości – wszedłem do treningu i wybrałem Akirę, by wykonać wszystkie jego ciosy. Nazywa się to „command trening” i o mało nie przypłaciłem tejże próby rozbitą głową i padem załamującym lot po rzucie z azymutem na Zanzibar. Tutaj właśnie następuje selekcja naturalna i tutaj też widać, jak beznadziejnym padem do bijatyk jest ten xboxowy. Bez jaj – mało precyzyjny „krzyżak” i prowadzona kciukiem gałka nijak się mają do tych znanych z arcade-sticków czy z kontrolerów od PS3. Najbardziej zaawansowanych rzeczy po prostu nie da się wykonać nie przypłacając tego toną wyzwisk i zepsutym humorem na tydzień. Inne postacie nie mają aż tak wykręconych kombinacji, jak Akira, ale też czasami potrafią zajść za skórę.

Oczywiście trening to podstawa, ale nie on stanowi główny tryb zabawy. W Quest Mode prowadzimy naszą postać po szczeblach stopni (od dziesiątego kyu, aż po Conqueror, Destroyer lub Liberator, w zależności od stosu­nku wygranych i przegranych walk), robiąc furorę w azjatyckich salonach gier. Za wygrywane pojedynki dostajemy kaskę, przedmioty i z czasem możliwość pojedynkowania się z coraz lepszymi. Tym samym zabawy jest cała masa.

Gram w niedzielę

Problematyczną – tak nazwałbym sytuację graczy lubiących bijatyki, ale nie radzących sobie z wymagającymi systemami. VF5 jest trudne i wręcz żąda poświęcenia, długich sesji w dojo, walk sparingowych. Na przeszkodzie staje pokraczne sterowanie przy pomocy pada średnio sprawdzającego się w tego typu grach. To tak, jakby grać na klawiaturze w sportówki – zero precyzji.

Xbox 360 świetnie poradził sobie z udźwignięciem tak pięknej grafiki. Wszystko śmiga płynnie, krawędzie są wygładzone, naturalnie padają cienie. Jedyne, co nieco razi, to miejscami detekcja kolizji i czasy wgrywania. Mamy końcówkę 2007, a dwójka zawodników i plansza ładuje się jakieś 20 sekund. Wstyd. Dobrze chociaż, że miejscówki są ładne i kolorowe. Część z nich nawet się niszczy. A siniaki na twarzach postaci?

Milowy krok w siedmiomilowym bucie został postawiony przez wracającą chyba do formy Segę. Nic już nie stoi na przeszkodzie, by sprawdzić swojego skilla w konfrontacji z ludzikami z całego świata. Można – jak to bywa – zagrać mecz rankingowy, player match i quick match. Jakby nazwy nie mówiły wystarczająco dużo, służymy pomocą. W pierwszym pniemy się po szczeblach list najlepszych graczy, wystawiamy naszego gamertaga na tablice wyników. W drugim możemy zaprosić naszego kolegę i do woli toczyć pojedynki. Ostatnia opcja pozwala na błyskawiczną wymianę ciosów z losowym przeciwnikiem o podobnej randze.

Dead or Alive powinno zostać na pierwszym miejscu wśród efekciarskich bijatyk. W VF5 nie da się tak ładnie rzucać kimś po ścianach bez tygodni wzmożonego treningu. Kto ma czas i zacięcie – niech atakuje.

Druga opinia

GULASH: Z pojedynku graficznego PS3 vs X360 zwycięsko wychodzi wersja na iksa. Kolejną rzeczą przemawiającą za VF5 na konsolę X360 jest granie online – da się i to da się dobrze. Problemem, jak zawsze w grach wymagających używania krzyżaka, jest świetny skądinąd pad – qsh ma rację, niektórych rzeczy nie da się wykręcić, a jeżeli nawet – naprawdę ciężko to powtórzyć. Ale to wie każdy fan bijatyk mający X360 i pewnie już przy okazji DoA4 zainwestował w innego pada lub nawet arcade sticka. Bez tego SPoD Akiry nie siądzie…

Dodaj swoją opinię